Plastikowe zaloty. Ludzie wpływają na najbardziej podstawowe sfery życia zwierząt
Jedwabnica szara (Chlamydera nuchalis) należy do altanników, najbardziej osobliwych ptaków świata. Samiec nie śpiewa i nie ma efektownego upierzenia, zamiast tego buduje. Konstruuje starannie dopracowaną budowlę z patyków, zdobi ją kolorowymi obiektami, a potem zaprasza samicę na przegląd. To ona ocenia jakość dzieła i na tej podstawie wybiera ojca swoich piskląt. Ewolucja pchnęła te ptaki w stronę architektury i wzornictwa zamiast biologicznego przepychu. I okazuje się, że człowiek zmienia tę strategię w sposób, jakiego nikt się nie spodziewał.
Badaczki z University of Exeter, Caitlin Evans i Laura Kelley, przez kilka miesięcy obserwowały 61 altanek w dwóch miejscach w północnym Queensland w Australii. Część z nich znajdowała się na terenie rancza Dreghorn, z dala od cywilizacji, inne zaś w parkach i ogrodach Townsville – miasta liczącego ponad 200 tysięcy mieszkańców. Wyniki, opublikowane niedawno w Royal Society Open Science, odsłaniają zaskakujący portret zwierzęcia, które radzi sobie z urbanizacją lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a robi to dzięki wykorzystaniu ludzkich odpadów.
Różnica między altanką miejską a wiejską jest uderzająca już na poziomie liczb. Altanki w Townsville zawierały średnio niemal 93 dekoracje, podczas gdy te na wsi zaledwie 20. Miejskie ozdoby były też przeciętnie o jedną trzecią większe. Co więcej, aż 89 procent wszystkich ozdób w mieście miało pochodzenie antropogeniczne: kawałki plastiku, druty, szkło, metalowe śrubki, fioletowe kable. Na wsi analogiczna proporcja wynosiła niecałe 46 procent, reszta to liście, gałązki, nasiona, owoce.
Ale liczby to nie wszystko. Badaczki analizowały wygląd dekoracji z perspektywy wzroku samicy, a wzrok ptaków działa inaczej niż ludzki. Ptaki są tetrachromatami, co oznacza, że widzą w czterech kanałach barwnych, łącznie z ultrafioletowym. Gdy przefiltrować dane przez model ptasiego oka, okazuje się, że miejskie czerwone dekoracje były wyraźnie bardziej nasycone kolorystycznie niż wiejskie odpowiedniki. Paleta barw na miejskich altankach była też po prostu szersza, plastikowe odpady dostarczają większego spektrum barw, którego natura w australijskim buszu zaoferować nie potrafi.
Można by przypuszczać, że miejskie samce po prostu mają inne, bardziej wyrafinowane gusta niż ich wiejscy kuzyni. Badaczki sprawdziły tę hipotezę zabierając każdemu ptakowi jego dekoracje i podsuwając mu mieszankę ozdób z altanek miejskich i wiejskich. Wyniki były jednoznaczne. Zarówno ptaki z Townsville, jak i z rancza Dreghorn dziesięciokrotnie częściej wybierały ozdoby miejskie. Co więcej, gdy pośród wiejskich ozdób znajdowały się zarówno naturalne, jak i antropogeniczne przedmioty, ptaki preferowały sztuczne. Nie ma tutaj podziału na „mieszczuchów” i „wieśniaków”. Każdy altannik, gdyby mógł, urządziłby swoją altankę plastikiem i drutem.
To odkrycie ma poważne konsekwencje. Skoro preferencja jest powszechna, różnice między altankami miejskimi i wiejskimi nie wynikają z tego, że ptaki w mieście stały się inne. Wynikają z tego, że mają dostęp do lepszych, z ich punktu widzenia, surowców. Wiejskie samce są skazane na uboższą ofertę.
Obraz nie jest jednak jednoznacznie pozytywny. Kiedy bowiem badaczki przyjrzały się zielonym dekoracjom, odkryły coś nieoczekiwanego. Okazało się, że zielone ozdoby na miejskich altankach były mniej jasne i mniej nasycone niż te na wiejskich. Urbanizacja niszczy rodzimą roślinność. Liście i nasiona dostępne w mieście są po prostu gorszej jakości optycznej niż te z lasu eukaliptusowego nad rzeką Burdekin. Samce w mieście mają dostęp do jaskrawego plastiku, ale tracą dostęp do soczystej, intensywnej zieleni natury.
Pojawia się też groźniejszy wymiar. Dekoracje z drutu i sznurka mogą powodować zaplątanie i okaleczenia. U bocianów białych podobne przypadki odnotowano w niemal jednej trzeciej gniazd. Plastik może być przypadkowo połykany, co u ptaków morskich prowadzi do poważnych zaburzeń fizjologicznych.
Altanniki przez miliony lat doskonaliły sztukę uwodzenia przez architekturę. Dobór naturalny nagradzał tych samców, którzy potrafili zebrać największą, najbardziej efektowną kolekcję kolorowych obiektów, bo to właśnie ona, a nie tężyzna fizyczna czy piękno piór, przekonywała samicę. A teraz, w ciągu zaledwie kilku dekad, ludzkie odpady stały się preferowanym surowcem tego ewolucyjnego teatru.
To nie jest historia o tym, że przyroda się „przystosowuje” i wszystko będzie dobrze. To historia o tym, jak głęboko ludzka obecność wnika w najbardziej intymne sfery życia zwierząt, w ich rytuały godowe, w kryteria wyboru partnera, w samą definicję tego, co piękne. Altannik nie wie, że zbiera ludzkie śmieci. On wie tylko, że ta czerwona żyłka jest bardziej błyszcząca niż jakikolwiek owoc, który kiedykolwiek widział.





Komentarze (0)