Minione światy. Podróż do początków Ziemi
Czy można opowiedzieć 500 milionów lat historii i nie zanudzić czytelnika? Można. Jeśli ma się taką wiedzę i dar opowiadania jak Thomas Halliday, reprezentant Szkocji w krykieta, który w wieku 27 lat otrzymał Medal Johna C. Marsdena przyznawany przez Towarzystwo Linneuszowskie w Londynie za najlepszą pracę doktorską z dziedziny biologii (tytuł tej wyjątkowej pracy to „The enigmatic evolutionary relationships of paleocene mammals and their relevance for the tertiary radiation of placental mammals”), a dwa lata później został laureatem konkursu pisarskiego im. Hugh Millera.
Halliday pisze, maluje i filmuje. Historię naszej planety od ediakaru po plejstocen, a właściwie od plejstocenu po ediakar, bo wraz z Thomasem cofamy się w czasie, opisuje tak plastycznie, że przed oczami mamy nie litery, a obrazy ożywione słowem autora.
Zostajemy zabrani w podróż po 16 fossillagerstätten, miejscach, w których w doskonałym stanie zachowała się olbrzymia liczba skamieniałości. A są to miejsca nie byle jakie. Odwiedzamy Kanapoi w Kenii, gdzie pojawił się australopitek, Mazon Creek w USA słynne ze skamieniałości karbońskich czy Ediacara Hills ze wspaniale zachowaną fauną z ediakaru. A Halliday w każdym z tych miejsc maluje jego obraz z przeszłości. Oglądamy żywe minione światy.
Nad wielkim jeziorem Lonyumun wypełniającym pęknięcie powoli rozrywające Afrykę krążą jerzyki i zimorodki, a tuż pod powierzchnią wody przemyka jeden z dwóch gatunków miejscowych wydr. Każdy z nich wyspecjalizował się w polowaniu na inne małże, więc zwierzęta nie wchodzą sobie w drogę. Wraz z wydrami pływają ryby i ptactwo wodne, na brzegu żerują przodkowie żyraf i słoni. Są wśród nich i nasi przodkowie, australopiteki. Zaalarmowane nagłym krzykiem ptaka, pędzą co sił w nogach, by wspiąć się na drzewo. Nie biegają zbyt dobrze, ale udało im się uniknąć niebezpieczeństwa. Ptak krzyczał zaalarmowany obecnością wielkiego pytona.
Ponad 300 milionów lat wcześniej powietrze jest odurzające. Olbrzymie masy roślinności, które opanowały Ziemię, wydzieliły tak wiele tlenu, że jego stężenie jest o połowę wyższe niż obecnie. Halliday zabrał nas na gęsto zarośnięte trzęsawisko, które obecnie znamy jako Mazon Creek. Korzenie tamtejszych drzew, lepidodendronów, plączą się ze sobą tworząc rozległe maty. Tylko w ten sposób mogą utrzymać drzewa w pionie. W środku lepidodendrony wypełnione są bowiem gąbczastą substancją. Mogą wznieść się wysoko dzięki mocnej korze, ale przede wszystkim dzięki korzeniom. Drzewa podtrzymują się nawzajem, by nie upaść. Dzięki swojemu wpływowi na obieg wody i procesy chemiczne, korzenie powoli tworzą glebę. A przede wszystkim przyczyniają się do chemicznego wietrzenia skał. Wycofując dwutlenek węgla z powietrza i wprowadzając go do skał i gleby, spowodowały, że stężenie dwutlenku węgla w atmosferze znacznie spadło w porównaniu z początkiem dewonu. Wciąż jednak wynosi niewyobrażalne obecnie 4000 ppm. W Mazon Creek żyją pierwsze znane nam chrząszcze oraz tajemniczy Tullimonstrum (potwór Tulliego). Karbon to epoka węgla. Właśnie wówczas z jakichś powodów w całym ówczesnym pasie równikowym ma miejsce olbrzymie nagromadzenie materii organicznej. Z niej powstanie paliwo naszych czasów.
Halliday maluje nam 16 wspaniałych filmów, które czytamy z zapartym tchem. A w epilogu przypomina, że to nie koniec fascynującej historii. W tej chwili jest to, bez cienia wątpliwości, planeta ludzi. Nie zawsze tak było i zapewne nie zawsze tak będzie, ale na razie nasz gatunek wywiera wpływ na jej życie w sposób nieporównywalny z jakąkolwiek inną siłą biologiczną. Świat w swojej dzisiejszej postaci jest bezpośrednim rezultatem – nie zakończeniem czy podsumowaniem, ale rezultatem – wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. W minionych tysiącleciach życie toczyło się na ogół w stałym rytmie powoli zmieniającej się egzystencji, zdarzają się jednak momenty, w których wszystko może się wywrócić do góry nogami. Nieuniknione uderzenia ciał kosmicznych, erupcje wulkanów o kontynentalnym zasięgu czy globalne zlodowacenie – dotykające wszystkich organizmów kataklizmy przeobrażają struktury życia, zmuszając je do ułożenia się na nowo. Gdyby którekolwiek z tych zdarzeń przebiegło inaczej albo nie zaistniało w ogóle, nieokreślona przyszłość mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej.
Recenzję książki „Minione światy. Podróż do początków Ziemi” mogliście przeczytać dzięki współpracy reklamowej z Wydawnictwem Marginesy.
Trzymajcie kciuki, żeby udało nam się ich namówić na zorganizowanie konkursu. A w międzyczasie wybierzcie się do księgarni po „Minione światy”. Zachwycicie się.


Komentarze (0)