Koncepcje komunikacji z cywilizacją pozaziemską powstawały już 200 lat temu
Ponad 50 lat temu, 16 listopada 1974 roku, wysłano słynną wiadomość z Arecibo – skierowany w przestrzeń kosmiczną przekaz radiowy, w którym zawarto podstawowe informacje o ludzkości i Ziemi. Jednak pomysły, jak skontaktować się z istotami pozaziemskimi zaczęły powstawać już na początku XIX wieku. A jeszcze wcześniej rozważano istnienie takich istot.
Już Demokryt (V w. p.n.e.) i Epikur (IV w. p.n.e.) rozważali istnienie innych zamieszkanych światów. O takiej możliwości wspominali też Lukrecjusz czy Plutarch, a Lukian z Samosaty w II wieku napisał satyrę, w której mieszkańcy Księżyca i Słońca walczyli o prawo do kolonizacji Wenus.
Z drugiej strony mamy zaś Arystotelesa, który odrzucał możliwość istnienia innych światów. Wywarł on tak przemożny wpływ na średniowiecze, że nazywano go wówczas Filozofem. Z wielkiej litery, jakby tylko on był godny tego miana. I za nim odrzucono początkowo możliwość istnienia wielu światów.
Jednak w XIII wieku zaczęło się to zmieniać. W 1277 roku biskup Paryża Étienne Tempier potępił wiele tez Arystotelesa, w tym i tę o niemożności istnienia wielu światów. Pogląd taki ograniczał bowiem wszechmoc Boga. W XIV wieku biskup Mikołaj z Oresme poddał krytyce argumenty Arystotelesa i doszedł do wniosku, że z punktu widzenia rozumu istnienie wielu światów jest możliwe i nie sprzeciwia się wierze. Podobne poglądy były formułowane też przez Ockhama i szkołę oksfordzką. Zawsze jednak była to spekulacja teologiczno-filozoficzna „czy Bóg mógłby stworzyć inne światy?”, a nie „czy inne światy istnieją?".
Poglądy o zamieszkanym kosmosie rozwijały się przez kolejne wieki, aż w końcu, w XIX wieku zaczęły rodzić się koncepcje kontaktu z mieszkańcami innych ciał niebieskich.
Już w latach dwudziestych XIX wieku Carl Friedrich Gauss zaproponował wysłanie sygnału na Księżyc. Jego pomysł był niezwykle prosty: należało wyciąć w syberyjskiej tajdze olbrzymi trójkąt z trzema kwadratami — kształt znany jako figura Pitagorasa — obsiewając jego wnętrze pszenicą lub żytem, tak by kontrastował kolorystycznie z otaczającym lasem. Kontrast miał być widoczny nawet z Księżyca. Jeśli na Srebrnym Globie żyją inteligentne istoty zdolne do obserwacji Ziemi, figury geometryczne rozpoznają jako dowód istnienia matematyki po naszej stronie. Bo matematyka jest taka sama we wszystkich światach.
Innym pomysłem wielkiego fizyka było wykorzystanie skonstruowanego przezeń urządzenia, heliotropu. Składał się on z luster odbijających światło słoneczne w określonym kierunku. W liście z 1822 roku do Heinricha Wilhelma Matthausa Olbersa Gauss pisał, że 100 luster, każde o powierzchni około 1,5 metra kwadratowego, mogłoby wysłać sygnał na Marsa.
Motyw geometryczny przewija się przez cały XIX wiek. Camille Flammarion, francuski astronom i popularyzator nauki, który twierdził, że Układ Słoneczny roi się od życia. Według Flammariona, aby skomunikować się z Marsjanami, wystarczy wytyczyć na równinie trójkąty i koła o średnicy stu kilometrów, a następnie — i to jest klucz — zmieniać ich kształt. Zmiana to dowód intencji, a intencja to dowód rozumu. Natura nie zmienia figur geometrycznych. Tylko umysł to robi. Idee Flammariona, jego przekonanie o istnieniu inteligentnego życia na Marsie i innych planetach Układu Słonecznego, wywarły duży wpływ na francuskich astronomów.
Inny pomysł miał Joseph von Littrow, dyrektor Obserwatorium Wiedeńskiego. W 1840 roku zaproponował wykopanie na Saharze sieci kanałów w kształcie okręgu o średnicy trzydziestu kilometrów, napełnienie ich wodą, nalanie na wierzch nafty i podpalenie nocą. Płonące geometryczne figury miały być widoczne z innych planet jako bezdyskusyjny sygnał obecności inteligentnego życia.
Charles Cros poszedł w kierunku bardziej technicznym. Jego projekt z 1869 roku, przedstawiony Akademii Nauk, zakładał użycie potężnych źródeł elektrycznego światła skupionych w zwierciadłach parabolicznych. Ale Cros myślał dalej niż tylko o "byciu widzianym" — interesował go język. Proponował sekwencje numeryczne przekładane na wzory złożone z kropek, które można by interpretować jako obrazy. Rytmiczne przerwy między błyskami miały odróżniać sygnał sztuczny od naturalnego. Był przekonany, że Marsjanie mogli już próbować się z nami kontaktować — a jasne plamy obserwowane na powierzchni Marsa to właśnie ich sygnały, które my, nieświadomi, braliśmy za zjawiska atmosferyczne.
Druga połowa XIX wieku to czas prawdziwej „marsjańskiej gorączki”. W 1877 roku Giovanni Schiaparelli ogłosił odkrycie na powierzchni Czerwonej Planety sieci linii, które nazwał „kanałami”. Percival Lowell podjął ten wątek z entuzjazmem i przez kolejne dekady przekonywał opinię publiczną, że Marsjanie zbudowali globalny system nawadniający, ratując swą wysychającą cywilizację. W tej atmosferze oczekiwania kontakt z Marsem przestał być mrzonką, a stał się kwestią techniczną: jak to zrobić?
W 1892 roku Francis Galton — kuzyn Darwina, statystyk, człowiek-instytucja — opublikował w londyńskim „Timesie” list z propozycją zestawu gigantycznych zwierciadeł odbijających światło słoneczne ku Marsowi. Kilka lat później William Pickering z Obserwatorium Harvarda zaproponował skupienie światła olbrzymich lamp łukowych za pomocą reflektorów parabolicznych, mając nadzieję, że marsjańscy astronomowie, obserwując przez teleskopy naszą planetę, dostrzegą migające sygnały.
Nawet skromny francuski astronom-amator, niejaki Mercier, wydał w 1899 roku broszurę Communications avec Mars i proponował zamontowanie reflektorów na wieży Eiffla. Wpadł też na znacznie bardziej ambitny pomysł. Chciał na zachodniej stronie góry zamontować wielkie lustro, które odbijałoby światło zachodzącego słońca w kierunku lustra znajdującego się na szczycie góry, ono kierowałoby światło do lustra znajdującego się po wschodniej, ciemnej stronie góry. A lustro wschodnie, kierowałoby odbite światło w stronę Marsa. Byłoby ono dobrze widoczne, przez kontrast z ciemnym tłem nieoświetlonej strony góry. Mercier zbierał nawet składki na realizację swojego pomysłu. Wpłynęło za mało pieniędzy, projekt upadł — ale Mercier zdążył napisać zdanie, które mogłoby służyć za motto całego tego ruchu: Ignorancja co do tego, czym jest nasza planeta we Wszechświecie i jakie jest nasze w nim miejsce, jest jedną z głównych przyczyn nieszczęść trapiących ludzkość.
„Marsjańska gorączka” była tak silna, że w 1891 roku Flammarion ogłosił, iż bogata wdowa Clara Goguet Guzman, zaoferowała 100 000 franków nagrody każdemu, kto w ciągu kolejnych 10 lat nawiąże kontakt z mieszkańcami innej planety. Pieniądze zostały przekazane Francuskiej Akademii Nauk, która miała wręczyć zwycięzcy Nagrodę im. Pierre'a Guzmana (nazwaną tak od imienia syna pani Guzman). Flammarion rozsławił nagrodę, a starać się o nią zamierzał sam Nikola Tesla.
Nikola Tesla był najbarwniejszą postacią w tej galerii kosmicznych telegrafistów. W 1899 roku, w swoim laboratorium w Colorado Springs, podczas pracy nad generatorami o ekstremalnej mocy, Tesla zarejestrował tajemnicze, rytmiczne sygnały elektryczne. Był sam, była noc. Sygnały powtarzały się z matematyczną regularnością. Tesla był przerażony i zachwycony zarazem. Doszedł do wniosku, że usłyszał pozdrowienie z innej planety.
Poczucie, że byłem pierwszym, który usłyszał powitanie jednej planety przez drugą, narasta we mnie nieustannie — pisał w artykule Talking with the Planets opublikowanym w 1901 roku. Tesla był przekonany, że nie radio, lecz transmisja ogromnych ilości energii elektrycznej przez naturalne media jest właściwą drogą do komunikacji kosmicznej. Pracował nad tym projektem przez resztę życia, nigdy nie doprowadzając go do końca. W 1937 roku, mając osiemdziesiąt jeden lat, nadal twierdził, że jest o krok od zdobycia Nagrody Guzmana.
W XIX wieku naukowcy zdawali sobie sprawę, że dostępna im technologia nie pozwala na długodystansową komunikację. Ich celem był więc nieodległy Mars. Oprócz Gaussa, Flammariona i Tesli każda z proponowanych metod zakładała użycie światła czy to generowanego sztucznie, czy odbitego światła słonecznego i wysłanie go w kierunku Marsa. Problemem był nie tylko wybór środka komunikacji, ale również komunikatu i jego zawartości. Czy miały być to liczby, inne symbole matematyczne, a może symbole geometryczne? Czy powinny być to sygnały specyficzne dla ludzi, które mogą nie zostać zrozumiane, czy też jak najprostsze komunikaty bazujące na podstawach nauki?
Obecnie dysponujemy doskonalszymi narzędziami, a wciąż nie nawiązaliśmy kontaktu z żadną pozaziemską inteligencją. A może powinniśmy poczekać, aż to oni nawiążą kontakt z nami? Tutaj rodzi się pytanie, z jakiej odległości obca cywilizacja może nas zauważyć, by wiedzieć, że na Ziemi istnieje życie. Na pytanie to odpowiedzieliśmy w ubiegłym roku.



Komentarze (3)
radar, 22 lutego 2026, 20:29
Optowałem za unikaniem tematów a'la politycznych w wątkach naukowych, ale aż się prosi żeby to sparafrazować na poziomie Ziemi:
Ignorancja co do tego, czym jest Polska na Ziemi (a szczególnie w Europie) i jakie jest nasze w niej miejsce, jest jedną z głównych przyczyn nieszczęść trapiących Polaków.
darekp, 23 lutego 2026, 02:47
Czyli „słoń a sprawa polska”?
Może jednak lepiej poniechać takich skojarzeń?
KONTO USUNIĘTE, 2 marca 2026, 07:26
Pisz za siebie, bo tak nieszczęśliwi są Polacy, którym wmówiono, że są przedmiotem w świecie podmiotów, czyli wiecznie stękająca prawa strona.