O leczeniu kiły malarią

| Ciekawostki
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Sara Kurfeß, Unsplash

Leczenie dżumy cholerą to powiedzenie o dwóch wyborach, z których każdy jest zły. Ale leczenie kiły malarią to już rzeczywistość.

Od lat 20. XX wieku, aż do czasu upowszechnienia penicyliny, lekarze celowo zarażali pacjentów malarią, by ratować ich przed inną, jeszcze gorszą chorobą – porażeniem postępującym. Przed pojawieniem się leczenia było to niemal 100-procentowo śmiertelne stadium kiły układu nerwowego. Było też jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji psychiatrycznej w Europie i USA. Wykorzystanie malarii do leczenia tej choroby to jeden z najbardziej niezwykłych epizodów w historii medycyny.
Malarioterapia to dzieło austriackiego psychiatry Juliusa Wagnera-Jauregga. Już w 1887 roku zainteresował się pomysłem, że gorączka może łagodzić objawy chorób psychicznych. Nie był to jego oryginalny pomysł. Już starożytni lekarze zauważyli, że gorączka przyczynia się do ustępowania chorób, w tym chorób psychicznych.

Pierwsze próby Wagnera-Jauregga polegały na zaszczepieniu pacjentom paciorkowców pochodzących od chorych na różę, jednak nie przyniosło to widocznych efektów. Później sięgnął po tuberkulinę. W latach 1900–1901 wraz z asystentem Alexandrem Pilczem leczył nią 69 pacjentów z porażeniem postępującym, porównując wyniki z grupą kontrolną, uzyskując wyższe wskaźniki remisji niż u nieleczonych. Dopiero jednak w 1917 roku, dzięki przypadkowi – na jego oddział trafił wracający z Bałkanów żołnierz zarażony malarią – uczony mógł przeprowadzić przełomowy eksperyment. Zaszczepił krew tego pacjenta dziewięciu chorym i u sześciu z nich zauważył wyraźną poprawę. Do 1922 roku leczył już ponad 200 pacjentów, z których około 50 odzyskało zdolność normalnego funkcjonowania. W 1927 roku metoda ta przyniosła mu Nagrodę Nobla – jedyną w historii przyznaną za terapię polegającą na celowym zarażeniu pacjenta chorobą zakaźną.

Metoda szybko zyskała popularność. Dziesiątki tysięcy pacjentów poddano malarioterapii, a statystyki mówiły, że niemal połowa mogła liczyć na powrót do normalnego życia lub istotną poprawę, podczas gdy tylko co piąty pacjent nie reagował na leczenie. Do najważniejszych ośrodków leczenia należał londyński Horton Mental Hospital, gdzie przez 40 lat (1923–1973) leczono aż 17 000 pacjentów oraz placówki w Rumunii i Stanach Zjednoczonych. W praktyce klinicznej stosowano głównie Plasmodium vivax – gatunek stosunkowo łagodny i dobrze reagujący na chininę, jedyny dostępny wówczas lek przeciwmalaryczny. Skuteczność malarioterapii silnie zależała od stadium choroby – im wcześniej ją zastosowano, tym większe były szanse na wyleczenie lub trwałą remisję. Śmiertelność samego leczenia wahała się w zależności od ośrodka i okresu. We wczesnych latach w wyniku zarażenia malarią umierało nawet 10% leczonych, jednak wraz z rosnącym doświadczeniem personelu medycznego i selekcją pacjentów zdolnych znieść infekcję spadła do około 2–5%. W Horton, które działało wyjątkowo długo, odsetek wyleczonych pacjentów sięgał aż 75%.

Kontrowersyjna i ryzykowna metoda przyniosła olbrzymie korzyści wiedzy medycznej. Dzięki obserwacjom setek tysięcy kontrolowanych zakażeń naukowcy obalili pogląd wysunięty przez noblistę, odkrywcę zarodźca malarii Charlesa Laverana, jakoby wszystkie typy i objawy malarii były powodowane przez ten sam gatunek pierwotniaka w zależności od fazy cyklu rozwojowego. Uczeni opisali zróżnicowanie szczepów w obrębie poszczególnych gatunków, zbadali mechanizmy odporności nabytej oraz naturalny przebieg infekcji malarycznej. To właśnie w trakcie malarioterapii po raz pierwszy udokumentowano zjawisko ukrytego cyklu wątrobowego pasożyta, co ostatecznie doprowadziło do odkrycia hipnozoitów odpowiedzialnych za nawroty malarii.
Malarioterapia była tylko jedną z tzw. piroterapii, czyli celowego podniesienia temperatury ciała pacjenta poprzez wywołanie gorączki. Wspominaliśmy, że sam Wagner-Jauregg stosował paciorkowce i tuberkulinę.

Niezależnie od tych eksperymentów, niemiecki chirurg Carl Busch zaobserwował w 1866 roku, że róża wywołująca wysoką gorączkę doprowadziła do regresji nowotworu u jego pacjentki. To spostrzeżenie zainspirowało amerykańskiego chirurga Williama Coleya do opracowania tzw. toksyny Coleya – preparatu bakteryjnych pirogenów wstrzykiwanych bezpośrednio do guza, wywołujących gorączkę zbliżoną do różycy. Badania Coleya wykazały, że pięcioletnie przeżycie u pacjentów z nieoperowalnym nowotworem wzrastało z 28% do nawet 64% w zależności od intensywności towarzyszącej gorączki, co czyni tę metodę jedną z najskuteczniejszych spośród wczesnych prób piroterapii zakaźnej. Toksyna Coleya miała jednak poważną wadę – każdy pacjent reagował na nią inaczej, co czyniło leczenie nieprzewidywalnym i utrudniało jego standaryzację. Z czasem, mimo obiecujących wyników, metodę tę porzucono na rzecz bardziej powtarzalnych form terapii przeciwnowotworowej.

Choroby psychiczne, kiłę czy przewlekłe infekcje próbowano też leczyć sulfozyną, czyli zawiesiną siarki w oleju. Była to metoda szczególnie popularna w Europie Wschodniej i ZSRR. Metoda ta dawała pewne efekty, jednak z wstrzyknięciem wiązał się bardzo silny ból trwający nawet trzy doby. Gdy świat z niej zrezygnował, była ona stosowana w ZSRR w „leczeniu psychiatrycznym" ludzi o niewłaściwych poglądach.

Wstrzykiwanie różnych substancji czy stosowanie brudnych bandaży od chorych na choroby zakaźne to jedne z metod piroterapii. Mimo tych wszystkich prób metodą o udowodnionej skuteczności było właśnie leczenie kiły malarią. Metoda ta zaczęła szybko wychodzić z użycia, gdy w 1943 roku odkryto, że kiłę można leczyć za pomocą penicyliny.

Źródła:
1. G. Gartlehner, K. Stepper, „Julius Wagner-Jauregg: pyrotherapy, simultanmethode, and ‘racial hygiene’”, Journal of the Royal Society of Medicine
2. P. Snounou, G. Pérignon, „Malariotherapy – Insanity at the Service of Malariology”, Malaria Journal / Advances in Parasitology

kiła malaria leczenie malarioterapia historia