Komary, kleszcze i nowe wirusy. Jak zmienia się mapa chorób w Polsce

W Polsce obserwujemy wyraźny wzrost liczby zarażeń i zakażeń takich jak malaria czy denga, co jest bezpośrednio związane ze wzrostem mobilności i podróży międzynarodowych. Jednocześnie w naszym środowisku występują już kompetentne wektory, dlatego pojawienie się lokalnej transmisji jest raczej kwestią czasu niż pytaniem „czy w ogóle”. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem w najbliższych latach są sporadyczne ogniska chorób takich jak denga czy wirus Zachodniego Nilu. Polska może znajdować się dziś na etapie podobnym do południowej Europy sprzed kilkunastu lat – czyli tuż przed wejściem w fazę lokalnej transmisji.

Prof. dr hab. Maciej Grzybek – biolog i parazytolog, profesor w Zakładzie Parazytologii Tropikalnej, Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego – opowiedział nam o chorobach tropikalnych, ich wektorach i o związanych z tym zagrożeniach dla Polski.

Czy pojęcie „choroby tropikalne” jest nadal aktualne?

Pojęcie „choroby tropikalne” coraz mniej odpowiada rzeczywistości. Historycznie odnosiło się do geografii, czyli stref międzyzwrotnikowych, ale dziś wiemy, że o występowaniu chorób decydują przede wszystkim warunki ekologiczne, obecność wektorów i zachowania ludzi, a nie szerokość geograficzna. W Europie obserwujemy już lokalną transmisję chorób takich jak denga czy wirus Zachodniego Nilu, co pokazuje, że „tropiki” przesuwają się na północ. Dlatego coraz częściej proponuje się nowe określenia, np. „choroby wrażliwe na klimat” albo „choroby wektorowe”. To zmiana nie tylko językowa, ale też ważna dla zdrowia publicznego – bo wpływa na to, jak przygotowujemy system ochrony zdrowia.

Które choroby „egzotyczne” zadomowiły się już w Europie?

Najlepszym przykładem są wirus Zachodniego Nilu oraz denga, które dziś stają się stałym elementem krajobrazu epidemiologicznego Europy. Coraz częściej obserwujemy też lokalne ogniska chikungunyi, szczególnie w krajach południowej Europy. Co ważne, nie są to już pojedyncze incydenty, ale powtarzające się zjawiska. Dane epidemiologiczne pokazują wzrost liczby autochtonicznych przypadków dengi w Europie. To oznacza przejście od przypadków importowanych do realnej, lokalnej transmisji.

Który wektor jest dziś większym zagrożeniem – komary czy kleszcze?

Oba są istotne, ale obecnie największą dynamikę zmian obserwujemy u komarów. Gatunki takie jak Aedes albopictus rozszerzają swój zasięg w Europie i są zdolne do przenoszenia wielu wirusów jednocześnie. Z drugiej strony kleszcze, np. z rodzaju Hyalomma, również pojawiają się coraz dalej na północy i mogą przenosić bardzo groźne patogeny, jak wirus krymsko-kongijskiej gorączki krwotocznej.

Także rodzime gatunki, jak kleszcz pospolity (Ixodes ricinus), już dziś stanowią bardzo realny i rosnący problem zdrowia publicznego. Obserwujemy zmianę ich aktywności – zanika klasyczna sezonowość z wyraźnym szczytem wiosennym i jesiennym, a kleszcze są aktywne praktycznie przez cały rok. Towarzyszy temu wzrost liczby zakażeń, w tym kleszczowego zapalenia mózgu oraz boreliozy. W praktyce oznacza to, że nie mamy jednego „głównego” zagrożenia – raczej cały system wektorów, który dynamicznie się zmienia.

Czy są wektory, których jeszcze w Polsce nie mamy?

Tak – i to jest bardzo ważne. Najnowsze raporty Europejskiego Centrum Prewencji i Kontroli Chorób (ECDC) wskazują, że najbardziej efektywny wektor dengi, czyli Aedes aegypti, nie jest obecnie trwale obecny w Polsce. Natomiast jego „kuzyn”, Aedes albopictus, został już wykryty i potencjalnie może się u nas zadomowić.

Doniesienia zespołu prof. Anny Bajer z Uniwersytetu Warszawskiego, który prowadzi program „Narodowe Kleszczobranie”, pokazują, że kleszcze wędrowne (Hyalomma) są już obecne w kraju. Czy będą zdolne do zimowania i rozmnażania się w Polsce – tego jeszcze nie wiemy. Wydaje się, że jesteśmy w fazie przejściowej: wektory zaczynają się pojawiać, ale jeszcze nie tworzą stabilnych populacji.

komar kleszcz komary kleszcze choroby Polska choroby tropikalne