Komary, kleszcze i nowe wirusy. Jak zmienia się mapa chorób w Polsce

Na ile realne jest pojawienie się nowych chorób w Polsce?

To już się dzieje – ale głównie w postaci przypadków zawlekanych. W Polsce obserwujemy wyraźny wzrost liczby zarażeń i zakażeń takich jak malaria czy denga, co jest bezpośrednio związane ze wzrostem mobilności i podróży międzynarodowych. Jednocześnie w naszym środowisku występują już kompetentne wektory, dlatego pojawienie się lokalnej transmisji jest raczej kwestią czasu niż pytaniem „czy w ogóle”.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem w najbliższych latach są sporadyczne ogniska chorób takich jak denga czy wirus Zachodniego Nilu. Polska może znajdować się dziś na etapie podobnym do południowej Europy sprzed kilkunastu lat – czyli tuż przed wejściem w fazę lokalnej transmisji.

Warto pamiętać, że malaria była kiedyś chorobą endemiczną w Polsce – tzw. zimnica występowała do połowy XX wieku, a kraj został uznany za wolny od niej w 1968 roku. Co istotne, do dziś obecne są u nas komary widliszki (Anopheles), które są zdolne do przenoszenia zarodźców malarii. Teoretycznie więc, przy odpowiednim zbiegu okoliczności, obecności osoby zarażonej i sprzyjających warunkach środowiskowych, możliwe byłoby powstanie lokalnego ogniska. W praktyce jednak dzięki sprawnej diagnostyce i leczeniu ryzyko takiego scenariusza pozostaje obecnie niskie.

Jak działa monitoring w Polsce i czy jest skuteczny?

Monitoring chorób zakaźnych i pasożytniczych w Polsce opiera się przede wszystkim na systemie zgłaszania przypadków przez lekarzy i laboratoria. To działa stosunkowo dobrze w przypadku chorób już rozpoznanych, natomiast słabiej radzimy sobie z wczesnym wykrywaniem nowych zagrożeń. Wciąż brakuje w pełni rozwiniętego, ogólnokrajowego systemu monitorowania wektorów, takich jak komary czy kleszcze, co utrudnia ocenę ryzyka w czasie rzeczywistym. Dodatkowo diagnostyka wielu chorób jest scentralizowana i dostępna tylko w kilku wyspecjalizowanych ośrodkach, co może powodować opóźnienia. W efekcie część przypadków, zwłaszcza o łagodnym przebiegu, może pozostawać nierozpoznana, a rzeczywista liczba zakażeń być wyższa niż wskazują oficjalne dane.
Warto też zwrócić uwagę, że w pewnym zakresie naukowcy uzupełniają luki systemowe. Przykładem są projekty nauki obywatelskiej, takie jak wspomniane „Narodowe Kleszczobranie”, które dostarczają cennych danych o rozprzestrzenianiu się wektorów. Nie powinno to jednak zastępować działań systemowych. W tak dużym kraju jak Polska monitoring zagrożeń biologicznych nie może opierać się wyłącznie na inicjatywach oddolnych.

Kluczowe jest rozwijanie zintegrowanego podejścia obejmującego ludzi, zwierzęta i środowisko. To właśnie istota strategii One Health – bez monitorowania ekosystemów, dzikich i udomowionych zwierząt oraz zdrowia ludzi nie jesteśmy w stanie skutecznie przewidywać i ograniczać nowych zagrożeń epidemiologicznych.

Czy dochodzi w Polsce do lokalnej transmisji?

Na dziś praktycznie wszystkie przypadki chorób tropikalnych w Polsce są importowane. Wyjątkiem jest pojedynczy, prawdopodobny przypadek lokalnego zakażenia wirusem Zachodniego Nilu. To bardzo ważny sygnał ostrzegawczy, bo pokazuje, że warunki do transmisji już istnieją. Na razie nie mamy jednak dowodów na utrwaloną, coroczną transmisję takich chorób jak denga czy chikungunya. Można więc powiedzieć, że jesteśmy „tuż przed” wejściem w ten etap.

Gdzie większe zagrożenie – w naturze czy w mieście?

Paradoksalnie coraz częściej – w mieście. Wiele komarów, zwłaszcza Aedes, świetnie adaptuje się do środowiska miejskiego i wykorzystuje małe zbiorniki wody, np. doniczki czy rynny. Dodatkowo w miastach mamy dużą gęstość ludzi, co sprzyja transmisji. Oczywiście kontakt z naturą niesie inne ryzyka, np. kleszcze, ale w kontekście nowych chorób wektorowych miasta stają się kluczowym środowiskiem transmisji.

Jest Pan miłośnikiem kitesurfingu... Czy w wodach w Polsce, w których pływają kitesurferzy, występują pasożyty, które mogą być groźne dla człowieka?

Generalnie ryzyko jest niskie, ale nie zerowe. W polskich wodach mogą występować drobnoustroje chorobotwórcze, w tym pierwotniaki takie jak Giardia czy Cryptosporidium, które mogą wywoływać biegunki, zwłaszcza po przypadkowym połknięciu wody. Znacznie groźniejsze pasożyty typowe dla stref tropikalnych nie występują w naszej strefie klimatycznej. W praktyce większym problemem niż same pasożyty jest jakość wody i jej zanieczyszczenie mikrobiologiczne.

Niestety co pewien czas dochodzi do sytuacji awaryjnych, takich jak zrzuty ścieków do Zatoki Puckiej. To bardzo niepokojące, ponieważ może prowadzić do krótkotrwałego pogorszenia jakości wody i zwiększenia ryzyka kontaktu z patogenami. Dodatkowo obserwujemy zjawiska środowiskowe, które również powinny budzić czujność – np. ogniska ptasiej grypy powodujące masowe padanie ptaków. To sygnał, że w środowisku krążą patogeny i ekosystem ulega zmianom.

Z drugiej strony warto podkreślić, że wody Zatoki Puckiej i Gdańskiej są objęte stałym monitoringiem przez Inspekcję Sanitarną, co znacząco zwiększa bezpieczeństwo. Jako osoba uprawiająca kitesurfing przez cały rok – latem i zimą – mogę powiedzieć, że Półwysep Helski jest jednym z najlepszych miejsc w Europie do tego sportu i przyciąga tysiące pasjonatów w sezonie letnim.

Kluczowe jest jednak rozsądne podejście: unikanie kontaktu z wodą po intensywnych opadach czy incydentach środowiskowych oraz śledzenie komunikatów sanitarnych. W szerszej perspektywie zdrowia publicznego większym zagrożeniem niż sama woda pozostają dziś wektory, takie jak komary czy kleszcze.

komar kleszcz komary kleszcze choroby Polska choroby tropikalne