Cienie na pergaminie. Kodeks H przemówił po piętnastu wiekach
W 1889 roku Henri Omont przeanalizował wszystkie znane wówczas karty i opublikował ich opis. Z czasem kolejni uczeni zaczynają łączyć ze sobą rozproszone fragmenty, Kodeks H staje się przedmiotem intensywnych badań i okazuje się, że to dzieło wyjątkowe z co najmniej kilku powodów.
Po pierwsze, jest to najwcześniejszy znany grecki manuskrypt z aparatem Eutaliusza (lub Ewagriusza). Aparat ten obejmował prologi do pism nowotestamentowych, listy rozdziałów, wykazy cytatów biblijnych i pozabiblijnych, podziały tekstu oraz adnotacje marginalne. System ten jest powszechny w greckiej tradycji rękopisów Nowego Testamentu, ale Kodeks H jest jego najstarszym poświadczeniem.
Po drugie, niezwykły układ tekstu – rozmieszczony według jednostek myślowych, z wcięciami kolejnych wierszy tej samej myśli – jest wyjątkowy w całej tradycji greckich rękopisów Nowego Testamentu. Może odzwierciedlać troskę o właściwą wymowę i rozumienie tekstu, o której wprost mówi prolog do Dziejów Apostolskich w tradycji eutaliuszowej.
Po trzecie, kwestia datowania jest do dziś nierozstrzygnięta. Tradycyjnie umieszcza się rękopis w VI wieku. Rosyjska badaczka Elina Dobrynina argumentowała jednak na podstawie analizy znaków diakrytycznych, że mógł powstać w VIII lub IX wieku. Autorzy najnowszych badań – Allen i Fowler – nie są przekonani do tej późniejszej daty. Teraz, po przeprowadzeniu datowania radiowęglowego w ramach projektu zakończonego w 2026 roku, dysponujemy niezależnym, fizykochemicznym potwierdzeniem szóstowiecznego datowania pergaminu. To ważne, bo jest to datowanie materiału – nie pisma – i stanowi solidny punkt odniesienia dla dalszych dyskusji paleograficznych.
Po czwarte, ponowne pokrycie atramentem, które komplikuje wszelką analizę, bo nowa ręka nakłada się na starą, zacierając oryginalne cechy pisma. Dawniej sądzono, że osoba, która dokonała ponownego nałożenia atramentu, dodała znaki diakrytyczne; nowsze badania wykazują, że jedynie je powtórzyła. Analiza chemiczna atramentów na kartach moskiewskich potwierdziła istnienie dwóch chemicznie różnych warstw.
W 2022 roku Garrick Allen otrzymał z Arts and Humanities Research Council grant na projekt „Annotating the New Testament: Codex H, Euthalian Traditions, and the Humanities". Równolegle trwają prace finansowane przez Templeton Religion Trust. Celem jest stworzenie nowej edycji Kodeksu H – nie tylko naukowego wydania tekstu, ale cyfrowej rekonstrukcji rękopisu.
W 2023 roku Allen i jego zespół wyruszyli w podróż do Paryża, Turynu i na Górę Athos. W każdym z tych miejsc, we współpracy z Early Manuscripts Electronic Library (EMEL) – amerykańską organizacją non-profit specjalizującą się w obrazowaniu rękopisów – wykonali obrazy multispektralne istniejących kart. Łącznie zobrazowano tak siedemdziesiąt osiem procent całego istniejącego materiału.
Kart ukraińskich i rosyjskich nie udaje się sfotografować osobiście – badania prowadzone są po napaści Rosji na Ukrainę – ale cyfrowe reprodukcje nadesłane przez Rosyjską Bibliotekę Narodową i Bibliotekę Narodową Ukrainy im. Wernadskiego pozwalają na częściową analizę i tamtego materiału.
Wtedy badacze dostrzegają coś, o czym wprawdzie wiedzieli – odciski atramentu zostały zauważone już na początku XX wieku – ale czego nikt wcześniej nie zbadał systematycznie. Na niemal każdej zachowanej karcie widać, przy odpowiednim przetworzeniu komputerowym obrazów multispektralnych, lustrzane odbicia tekstu z kart, które kiedyś do niej przylegały. Odciski są niewidocznym gołym okiem śladem, który agresywny chemicznie późniejszy atrament pozostawił na sąsiedniej stronie, gdy rękopis leżał zamknięty.
I tu pojawia się kluczowa trudność metodologiczna, którą udało się rozwiązać Allenowi – żeby wiedzieć, czego szukać na danej karcie, trzeba najpierw wiedzieć, która karta do niej przylegała w oryginalnym kodeksie. Trzeba zrekonstruować kolejność kart. Tego właśnie dotyczy artykuł opublikowany w Journal of Biblical Literature w 2025 roku. To stratygrafia historii Kodeksu H, analiza jego struktury, składek, sygnatur i treści pozwalająca ustalić, które karty były sąsiednimi stronami przed rozdzieleniem księgi.
Ciężka praca daje efekty i 24 kwietnia 2026 roku Garrick Allen ogłasza, że jego zespół odzyskał czterdzieści dwie zaginione strony Kodeksu H. To niezwykłe osiągnięcie. Tych stron fizycznie nie ma. Żadna z nich nie leżała w jakimś nieodkrytym archiwum, czekając na znalezienie. Zostały zniszczone lub zaginęły wieki temu. To, co odzyskano, to ich chemiczne cienie – odciski atramentowe zachowane na kartach, które przetrwały.
Od strony technicznej proces badawczy wyglądał następująco: algorytmy przetworzyły obrazy multispektralne zachowanej karty, wyodrębniając z szumu chemicznego i optycznego sygnał odpowiadający odciskom atramentu z sąsiedniej karty. Następnie obraz jest cyfrowo odwracany – bo odcisk jest lustrzanym odbiciem – i przetwarzany w celu zwiększenia kontrastu i czytelności. Wynik to częściowo czytelny tekst strony, która fizycznie nie istnieje. Każda z czterdziestu jeden zachowanych kart niosła w sobie informację o swojej zaginionej sąsiadce. Na nich odcisnęły się w sumie 42 zaginione strony.
Mamy tutaj trzy najważniejsze odkrycia naukowe. Pierwsze – i najważniejsze dla krytyki tekstu – to najwcześniejsze znane listy rozdziałów (rodzaj spisu treści) listów Pawła, które radykalnie różnią się od współczesnego podziału tych listów. Jest to odkrycie o fundamentalnym znaczeniu dla rozumienia historii kanonu i organizacji tekstu Nowego Testamentu. Pokazuje, że podział na rozdziały, który znamy dziś, nie jest jedynym możliwym ani najstarszym. Drugie odkrycie to wgląd w pracę skrybów z VI wieku – odzyskane strony pokazują poprawki, adnotacje i ślady pracy skryby lub skrybów, którzy kopiowali lub korygowali tekst. Trzecie to świadectwo średniowiecznego recyklingu – fizyczny stan kart i ich odcisków ujawnia szczegóły procesu rozłożenia i ponownego użycia rękopisu.
Datowanie radiowęglowe, przeprowadzone we współpracy z laboratoriami w Paryżu, potwierdziło, że pergamin pochodził z VI wieku – dostarczając niezależnego, fizykochemicznego argumentu w trwającym sporze o datowanie rękopisu.
Popularne wyobrażenie o tym, jak Biblia dotarła do naszych rąk, jest zazwyczaj zbyt proste. Wyobrażamy sobie dość jasny schemat – Paweł pisze list, list jest kopiowany, kopia jest kopiowana, i tak aż do rozpowszechnienia się druku. Tymczasem historia Kodeksu H pokazuje, że rzeczywistość jest nieporównanie bardziej skomplikowana – i nieporównanie bardziej ludzka.
Rękopisy były kopiowane przez mnichów. Teksty były odtwarzane przez konserwatorów, którzy chcieli je uratować, ale przy okazji zamaskowali oryginalne cechy pisma. Księgi były rozdzielane przez bibliotekarzy, którzy pragmatycznie decydowali, że inny rękopis jest ważniejszy i potrzebuje materiału na okładkę. Były wkładane jako wyklejki do innych ksiąg, podróżując incognito przez wieki w ich oprawach. Były wykupywane, kradzione lub „ratowane” przez europejskich kolekcjonerów, którzy legitymizowali swoje działania retoryką o ratowaniu starożytności przed niepiśmiennymi mnichami.
Mnisi z Wielkiej Ławry – którzy przez ponad tysiąc lat przechowywali Kodeks H, konserwowali go, gdy zaczął blaknąć, a gdy popadł w ruinę, wkładali jego karty do opraw innych ksiąg, przedłużając w ten sposób ich istnienie – nie odgrywają żadnej roli w tradycyjnych narracjach o historii Nowego Testamentu. Ich praca jest niewidoczna, bo była cicha, codzienna i pozbawiona dramatyzmu wielkich odkryć.
Allen i Fowler w artykule z 2025 roku postawili pytanie nie „jak dostaliśmy Biblię”, lecz „jak dostaliśmy rękopisy”. Każe ono myśleć o rękopisach nie tylko jako o nośnikach tekstu, ale jako o obiektach historycznych, które mają swoje własne życie – produkowane, używane, naprawiane, rozdzielane, przewożone, kradzione, kupowane, katalogowane, fotografowane i w końcu, piętnaście wieków po powstaniu, badane przy użyciu najnowocześniejszych technologii.
Garrick Allen zaprosił ojca Atanazego, kustosza biblioteki Wielkiej Ławry, do napisania przedmowy do przygotowywanej edycji Kodeksu H. To gest symboliczny, ale bardzo znaczący. To uznanie, że klasztor jest nie tylko miejscem przechowywania rękopisu, ale aktywnym uczestnikiem jego historii.
Dziś Kodeks H istnieje w trzech postaciach. Pierwsza to materia, na którą składa się czterdzieści jeden kart (osiemdziesiąt dwie strony) pergaminu w siedmiu instytucjach w sześciu miastach. Każda z kart ma własną historię – kartę petersburską przywiózł Uspienskij, kartę turyńską kupił książę Sabaudii od spadkobierców greckiego mnicha, karty paryskie odkrył Montfaucon w oprawach innych ksiąg. Razem stanowią ułamek tego, czym Kodeks H był: jedną dziesiątą, może trochę więcej.
Druga to cienie cienie – czterdzieści dwie strony odzyskane z odcisków atramentowych, które istnieją wyłącznie jako cyfrowe rekonstrukcje. Ich pewność jest różna – jedne odciski są wyraźne, inne ledwo czytelne. W przygotowywanej edycji naukowej każdy znak będzie opatrzony informacją o stopniu pewności jego odczytania.
Postaci trzeciej się domyślamy. To setki stron, po których nie pozostał nawet cień. Karty, które wypadły z opraw i zostały wyrzucone. Karty, które rozpadły się w wilgoci lub zginęły w ogniu. Karty, które leżą jeszcze w oprawach rękopisów w Megisti Lavra lub gdzie indziej, czekając na odkrycie.
Cyfrowa edycja Kodeksu H już dostępna pod adresem codexh.arts.gla.ac.uk. Edycja drukowana jest w przygotowaniu.
Kodeks H to niezwykły rękopis, który przez piętnaście wieków wędrował od skryptorium w wschodnim Śródziemnomorzu, przez bibliotekę Wielkiej Ławry, oprawy dziesiątek innych ksiąg, przez ręce mnichów, dyplomatów, kolekcjonerów i bibliotekarzy, przez kataklizmy Rewolucji Francuskiej, dwie wojny światowe, rozpad ZSRR i wojnę w Ukrainie. I wciąż potrafi zaskoczyć, odkrywając swoje tajemnice.
Źródła:
1. G. V. Allen, K. Fowler, The Story of Codex H (GA 015): Manuscript Migration and Primary Sources in Biblical Studies, Journal of Biblical Literature 144/1 (2025), s. 167–196
2. komunikat Uniwersytetu w Glasgow z 24 kwietnia 2026 roku;
3. Early Manuscripts Electronic Library
5. Annotating the New Testament
4. profil naukowy prof. Garricka Allena


Komentarze (3)
barrakuda, 2 maja 2026, 08:04
Czemu służy nie podlinkowywanie adresów?
Mariusz Błoński, 2 maja 2026, 09:46
Niczemu, to zwykłe przeoczenie. Zlinkowany adres cały czas był w źródłach na końcu tekstu.
barrakuda, 2 maja 2026, 10:49
Dzięki za wyjaśnienie, miałem wrażenie, że już tego u Was doświadczyłem i że stoją za tym jakieś cele.