Tysiąc lat gry szkła i światła. Nieprzemijająca moda na witraże
Które ze swoich realizacji uważa Pan za najbardziej udane, najważniejsze?
Na pewno najważniejszym krokiem milowym w tej podróży był dla mnie jak dotąd zespół tradycyjnych witraży do rozbudowywanej kaplicy Chrystusa Króla na kampusie Franciszkańskiego Uniwersytetu w Steubenville w Ohio, wykonany w ciągu roku w małym zespole pod przewodnictwem mojego mistrza, Carla G. Fougerousse'a. Tysiące elementów, wszystkie malowane, w korespondencji ze średniowiecznymi formami. Do tego wszystko związane z logistyką wokół dużego projektu: od budowy długiego na trzy metry podświetlanego stołu, po wysyłkę osiemnastu dużych paneli przez ocean i montaż ich na miejscu. To było naprawdę spore przedsięwzięcie, również od strony logistycznej.
Szczytowy okres rozwoju i popularności sztuki witrażownictwa to ostatnie wieki średniowiecza. Czy obecnie potrafimy odtworzyć ówczesne techniki, wykonać równie piękne witraże, czy też są techniki, których nie rozumiemy, o których wiedza zaginęła?
Mimo że popularność witraży rosła i malała, na szczęście nigdy nie zaginęła w całości, dlatego mamy zachowaną ciągłość. Mało tego, w mojej opinii, możemy mówić wręcz o rozwoju tej sztuki, bo niektóre okna z przełomu XIX i XX wieku naprawdę sprawiają wrażenie udoskonalonych form średniowiecznych. Jeszcze później, w Ameryce, pracownice pana Tiffany'ego wymyśliły technikę taśmy miedzianej, która, wraz z nowo odkrytym szkłem opalizującym, otworzyła zupełnie nowe drzwi dla witrażownictwa. Wydaje się, że rzeźba ma dziś znacznie poważniejsze problemy z osiągnięciem poziomu renesansowych mistrzów i część jej geniuszu trzeba będzie kiedyś odkrywać na nowo. Niemniej jednak każde pokolenie stoi przed zagrożeniem bycia tym ostatnim, jeśli nie wykształci swoich następców.

Motywy religijne – klasyka witrażownictwa. © Jakub Dudek
Kiedy odwiedzałem w Rzymie wybitną artystkę, Barbarę Ferabecoli, podzieliła się ze mną ze smutkiem, że niemal wszyscy jej koledzy po fachu we Włoszech zajmują się tworzeniem jak najszybszych, jak najprostszych i jak najtańszych witraży, i już tylko ona podtrzymuje ciągłość z tysiącletnią tradycją, a zostało jej tylko kilka lat do emerytury. Proszę poszukać jej prac chociażby na Instagramie. Czy naprawdę chcemy przestać umieć tworzyć takie rzeczy?
Skąd bierze Pan materiały do swojej pracy?
To pytanie dotyka samej idei „Mody na witraże”. Mój mistrz mówi, że potrzebujemy mieć tysiącletni plan, choć podzielony na dziesiątki tysięcy małych etapów. Żeby witraże wciąż mogły powstawać za sto lat, potrzeba przekazywania nie tylko wiedzy samych witrażystów, ale również trwania całego „łańcucha dostaw” materiałów.
Każdy witrażysta potrzebuje kilkunastu dosyć specjalistycznych narzędzi, nie mających zastosowania w żadnej innej działalności, do tego cyny o określonym składzie, profili ołowianych, farb witrażowych, ale przede wszystkim... szkła. Można je produkować maszynowo, przepuszczając przez specjalne prasy, ale najpiękniejsze jest to produkowane ręcznie poprzez wydmuchiwanie wielkich baniek, kształtowanie ich w cylindry, a następnie rozcinanie tak, żeby utworzyły taflę. To naprawdę niesamowita sztuka, którą niewielu jest w stanie opanować. Takie szkło jest unikalne i bardzo drogie, ale ulubione przez witrażystów ze względu na jego niezwykłe piękno.
Jeśli chodzi o szkło produkcji maszynowej, to jest kilka opcji w USA, choć co chwilę słychać o zamykaniu którejś lub przenoszeniu produkcji do kraju o niższych kosztach pracy. Za to jeśli chodzi o szkło produkcji ręcznej, to króluje niemiecka huta Lamberts, w zasadzie bez poważnej czy bardziej znanej konkurencji. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że jeszcze do niedawna mieliśmy dla nich konkurencję i to u nas, w Polsce, na Podkarpaciu, a konkretnie w Hucie Szkła „Jasło”. Wytwarzano tam ręcznie szkło porównywalne jakościowo z tym z Lamberts, które było sprzedawane na cały świat. Jednak parę lat temu dawni mistrzowie przeszli na emeryturę, a podobno nikt z młodszych pracowników po prostu nie był w stanie się tego nauczyć. Cały dział huty zamknięto, piece rozebrano, pożegnano dziesiątki lat historii. Został tylko mały zakurzony magazyn z resztkami niesprzedanego szkła, który, z przyczyn patriotycznych, pozostaje moim ulubionym miejscem zaopatrywania się w szkło, choć kolorów do wyboru jest coraz mniej, ale przecież zawsze można dostosować trochę swój projekt do tego, co jest dostępne.

Dziewnna i malwy. Projektując witraż trzeba brać pod uwagę to, co za oknem. © Jakub Dudek
I to jest właśnie część mojego tysiącletniego planu: wywołać modę na witraże, wprowadzić je pod strzechy, nie tylko do kościołów, żeby witrażystów w Polsce nie było kilkunastu czy kilkudziesięciu, ale kilkuset, a każdy był zarobiony pod korek. Wtedy sklepów z materiałami dla witrażownictwa nie będzie 2-3 (najbardziej znany jest w tej chwili w Sosnowcu) na całą Polskę, ale na każde województwo. Kto wie, może kiedyś, mimo zarzekania się pracowników Huty „Jasło”, że nie ma na to żadnych szans, uda się przywrócić rodzimą produkcję szkła witrażowego i nie trzeba będzie go sprowadzać, jak wszystkiego innego, z Chin?
Które z historycznych witraży są dla Pana niedoścignionymi wzorami, czymś, co zawsze zachwyca?
Dla mnie złotym standardem pozostają witraże z wiedeńskiej pracowni Carla Geylinga czy, oczywiście, Franza Mayera z Monachium. Ich witraże poniekąd wyznaczają to, o co chodzi w klasycznym witrażu i jak powinien on wyglądać. Jeśli chodzi o nowsze eksploracje i nasze ziemie, większość ludzi zachwyca się przede wszystkim Wyspiańskim, ze względu na jego wyjątkowo charakterystyczny i oryginalny styl. Tego nie można mu odmówić, ale osobiście bardziej szukam czegoś, co rzeczywiście jest świeżym spojrzeniem na tę sztukę, ale jednocześnie pozostaje w dialogu i nie zrywa z tysiącem lat witrażowej tradycji, dlatego wyjątkowo trafia do mnie styl Józefa Mehoffera, którego projekty prezentują tę nowatorską na tamte czasy organiczność secesji, zachowując jednocześnie harmonię, symetrię i ornamentalność witraży średniowiecznych. Wszystko, co było potem, jeśli nie kopiowało wprost form klasycznych, było i jest dla mnie tak radykalnym odejściem od istoty tej sztuki, że zazwyczaj uważam je za niestrawne. Wierzę i liczę na to, że wraz z odżywaniem zainteresowania tym, co dawne i tradycyjne, pojawią się w Polsce artyści potrafiący odwołać się do tradycji, a jednocześnie tchnąć w nią nowego ducha, właściwego dla naszych czasów i wrażliwości.


Komentarze (0)